Bike Jamboree

Lake Louise – Golden – 83 km

Lake Louise – Golden – 83 km

Wstajemy najwcześniej na świecie, bo już o 5:15 zaczynamy się pakować. Ostatnie pożegnanie z Gini, u której nocowaliśmy przez dwa ostatnie dni i wyruszamy na przystanek autobusowy. Akcja „rozsakwiania” rowerów i mocowania ich na specjalnych stojakach z przodu autobusu odbywa się sprawnie. 25 minut później wysiadamy na dworcu w Banff i robimy wszystko, by nie zamarznąć. A miasto powolutku budzi się do życia. 🌞

Podjeżdża upragniony autobus do Lake Louise (darmowy), więc wypełniamy go naszym wyposażeniem oraz nutką ciekawości, bo oczywiście wszyscy zaraz zwracają na nas uwagę. Niestety weszły tylko 3 rowery na stojaki, więc Monika zostaje i obiecuje dojechać stopem jak najprędzej. 🚘

Decyzja o przejechaniu „komunikacją zastępczą” tego odcinka była dość prosta, bo przecież już raz przerowerowaliśmy drogę między Lake Louise a Banff. A że autobus darmowy… 💲

Po dniu odpoczynku dodatkowo natchnieni pięknym, mroźnym porankiem – ani jednej chmury na niebie, białe tylko były szczyty wokół nas – aż chciało się wsiąść na Krossy i kontynuować drogę! 🚵‍♀🚵‍♂ 🚵‍♀🚵‍♂

Przystanek w Lousie jest magiczny. Małe centrum handlowe z publicznym toaletami to jedyne centrum jakie ma to miasteczko – dwie kawiarnie, sklep, poczta, toalety i kilka sklepów z pamiątkami i sprzętem – przyciąga sporo osób i zawsze ktoś nie wytrzymuje z ciekawości, co skutkuje zwykle uśmiechem, krótką rozmową, czy wymianą uprzejmości lub nalepek sztafetowych.
Tym razem spotkaliśmy Polaka. 👍

Monika dojechała krótko po nas, podwieźli ją Czesi, których jest również całkiem sporo w Kanadzie. Około godz. 10 ruszyliśmy w stronę słońca!

Entuzjazm dość szybko opadł, zdecydowanie odwrotnie niż kurz wzniecany przez pędzące prawym pasem autostrady ciężarówki. Kult samochodu to również jedna z charakterystycznych cech Kanady. Niestety, ale jedyna droga, którą mogliśmy się wydostać z Alberty to główna autostrada transkanadyjska nr 1 – główna arteria dla 65-tonowych kolosów, które zaopatrują ten kraj, mknąc od portu do portu. 🚛🚛🚛

Kilka kilometrów upłynęło nim rozgrzaliśmy się należycie, mknęliśmy po dość suchym poboczu osypanym małymi kamieniami. Roboty drogowe umożliwiły nam nieskrępowany zjazd 6 km o nachyleniu 7%, po którym dość dotkliwie przemarzły nam końcówki palców. Zasada była prosta. Stawaj w słońcu – jedź w cieniu. Po drodze przerwa na naleśniki zrobione przez dziewczyny dzień wcześniej. Było ich chyba z tysiąc i o tysiąc za mało! 🥞🥞🥞

Cała droga do Golden to przepych górskich krajobrazów i nieodśnieżonego do końca pobocza. Już przed samym zjazdem do miasta przeżyliśmy chwile zwątpienia. Kolejna zabawa „z górki na pazurki” na odcinku 4 km i nachyleniu 6% była jeszcze znośna, ale dalsze uciekanie przed tirami na wąskich półkach skalnych czy mostach bez żadnego pobocza, już zdecydowanie mniej. Na szczęście kierowcy w Kanadzie to dobrzy ludzie, którzy nie raz udowodnili, że duży nie zawsze ma pierwszeństwo. Cheers, folks! 👌

Do Golden wjeżdżamy już po zmroku. Krótka plątanina w kwadratowych ułożonych uliczkach i znajdujemy miejsce naszego gospodarza. Nocleg wypadł dla nas w ogromnym domu zastawionym przeróżnym sprzętem – pomiędzy kilkoma rowerami 🚲, deskami snowboardowymi 🏂, kajakiem 🚣‍♂i zdecydowanie za dużą ilością nart , znajdujemy wejście do domu.

W środku kilka osób. Pierre to pierwszy nasz gospodarz, który wiekiem pasował bardziej do nas niż do naszych rodziców. Zapoznajemy się szybko z kilkoma osobami w domu – wszyscy to paczka kumpli z Qubecu, którzy przeprowadzili się do Golden, by żyć marzeniami. Dni spędzają na wspinaczce, jeździe na nartach skiturowych, chodzeniu czy rowerowaniu po górach. A gdy po jakimś czasie fundusze się kończą, to myślą o jakiejś pracy, by szybko wrócić do swoich prawdziwych zajęć. Mimo to, nasza wyprawa wzbudza nie lada podziw.

Jemy curry, pokazujemy chłopakom mapę i padamy na dużej kanapie w salonie, obok perkusji i kilku gitar oraz rowerów zawieszonych na ścianie. To był długi dzień! 😴

#dzień14
Golden – Donald – 22 km – Revelstoke

Spaliśmy na wielkiej kanapie narożnej w salonie, jak stado małych, słodkich szczeniaków 🐕🐕🐕🐕. Późna pobudka, powolne śniadanie. Mimo, że wszyscy krzyknęli „pomożemy”, to jednak ducha walki w narodzie nie było 😆. Wojtek pojechał do sklepu rowerowego zamontować nową szprychę, a reszta bardzo powolnie spakowała cały dobytek I wspólnie wyruszyliśmy w drogę. A było gdzie jechać – kolejna przeprawa przez park narodowy, a co za tym idzie – przez kolejne góry! Na dodatek prognozy pokazywały opady śniegu, więc świadomie dystans do Revelstoke podzieliliśmy na trzy niedługie – acz strome – odcinki. 🏔

Gotowi do drogi byliśmy w południe. Niezbyt późno, bo niecałe 50 kilometrów pokonania. Od rana padał śnieg, ale rtęć w termometrze przeskoczyła magiczne 0, co oznaczało, że zaraz zacznie się nasza potyczka z autostradą nr 1, błotem pośniegowym i mokrymi ciuchami. 🌨

Jechało się ciężko. Można było odnieść wrażenie, że wszystko tego dnia było na „nie”. Oczywiście pedałowaliśmy w akompaniamencie ryku potężnych ciężarówek, które gnały główną drogą Kanady, nic nie robiąc sobie z warunków pogodowych. Stanęliśmy na poboczu, by posilić się – nie no, pożreć! – kolejną czekoladę i wtedy pojawił się ON. Czerwony pickup. 🚗 Nastała konsternacja, bo przecież nikt z nas nic nie ukradł, ani nie zamówił pizzy. Trzasnęły drzwi i żwawym krokiem podszedł do nas kierowca, jakbyśmy byli umówieni – ale nie byliśmy.

Chwilę później sprawnie ładowaliśmy rowery na pakę samochodu. Zaproponowano nam podwózkę, a jako że warunki stawały się po prostu niebezpieczne, to przyklasnęliśmy propozycji. Początkowo chcieliśmy podjechać tylko na szczyt przełęczy, ale widząc ciężarówkę, która rozłupała barierki po obu stronach drogi, zdecydowaliśmy się jechać dalej aż do Revelstoke. Zjazd w tych warunkach następnego ranka, kiedy wszystko byłoby zamarznięte na kamień, nie wchodził w grę. Dystans trzech dni pokonaliśmy w dwie godziny, mijając jeszcze jednego wielkiego potwora z naczepą leżącego na boku w rowie. 😱 A śnieg dalej leniwie sypał z nieba….

Historia naszego pomocnika była ciekawa. Widział nas rano w mieście, później minął na drodze I postanowił zawrócić. Jechał do miejscowości leżącej jeszcze dalej za Revelstoke, a pracował na kolei. Prowadził normalne życie w Golden z żoną i czwórką dzieci 👨‍👩‍👧‍👦. Jeździł na nartach , oglądał hokej 🏒. Był kilka razy w Europie, uczył angielskiego w Urugwaju. 🇺🇾👨‍🏫

W Revelstoke mieliśmy umówiony nocleg, ale niestety na dwa dni do przodu. Szybko poprawiliśmy datę i liczyliśmy, że uda się i dzisiaj przespać pod dachem, mimo że przecież z prysznica korzystaliśmy jeszcze tego poranka. 🚿Wjechaliśmy do miasta i czekaliśmy na pozytywne wieści w znanej na całym świecie restauracji McDonalds 🍔. Zwykle udajemy się na dworzec, ale niestety nie w Revelstoke. To zdecydowanie największe miasto na naszej drodze do tej pory, całe 6 tysięcy mieszkańców Ma podobno najlepsze stoki narciarskie na całym świecie, ale nie ma dworca kolejowego . Chociaż widzieliśmy przejeżdżający pociąg na własne oczy. Ot, szczegół… 🚂🚃🚃

To był pierwszy raz, kiedy mieliśmy trochę czasu dla siebie w cieple i mogliśmy porozmawiać. Codzienna jazda czy czynności z nią związane nie zawsze pozwalają na swobodne rozmowy. Po degustacji lokalnych (!) dań, których w polskiej karcie nie ma, zdecydowaliśmy, że trzeba znaleźć miejsce na namiot. I właśnie wtedy przyszła wiadomość, że dzisiaj nocleg też będzie możliwy! Po drodze zaczepił nas też chłopak w krótkich spodenkach, wielce zafascynowany czterema rowerzystami, jadącymi listopadową nocą po kanadyjskim bruku. Jak się okazało, był to dziennikarz lokalnej gazety, wiec umówiliśmy się na wywiad i pospieszyliśmy do naszych gospodarzy.

A tam – obrazek, który już kilkukrotnie w Kanadzie widzieliśmy. Duży i bardzo schludny dom z wieloma parami nart, różnymi rodzajami rowerów i innych sprzętów sportowych! 🎿🚲🏠🚲🎿Wszyscy tu kochają outdoor! Tym razem nocowaliśmy u Suzanne i Johna. On jest emerytowanym pracownikiem Parcs Canada i ratownikiem górskim. Teraz razem jeżdżą rowerami z sakwami i zwiedzają świat.🧓👵 Upłynęło nam trochę czasu na rozmowie o projekcie, wymianie pomysłów na dalszą drogę i grzecznie zgasiliśmy światło. 🛌

#dzień15
Revelstoke – Halcyon Hotsprings – 70 km

Szybka granola na śniadanie i musieliśmy wychodzić, bo przecież wywiad! 📰 Liam czekał na nas w popularnej sieci kawiarni Tim Hortons na rogatkach miasta. Bardzo serdeczny i pełen energii, znów w krótkich spodenkach, wypytał nas o wszystko i zrobił kilka zdjęć [ZOBACZ POST z linkiem do wywiadu: https://bit.ly/2DnvKKX). Umówiliśmy się też kilka kilometrów dalej, by złapał nas w ładniejszej scenerii, już jadących na naszych rumakach. A później – w drogę! 🐎

Ze względu na zaoszczędzenie dwóch dni na rowerostopie, postanowiliśmy nieco wydłużyć naszą drogę przez zjazd z autostrady nr 1 już w Revelstoke na autostradę nr 23, zmierzająca na południe. To była bardzo dobra decyzja, ponieważ ruch na niej był znikomy. 👍 Pewnie dlatego, że w Kanadzie też zaczął się długi weekend (11 listopada obchodzono Memorial Day), a także dlatego, że droga urywa się przy Arrow Lake I trzeba przeprawy promem, by kontynuować jazdę. 🚢

Cieszyliśmy się ze zdecydowanie cieplejszej temperatury, niż jeszcze kilka dni temu w Banff czy Canmore. Wyjechaliśmy z gór, więc wyższe ośnieżone szczyty przestały wyznaczać nam poszczególne punkty orientacyjne. Znów zaczęły nam towarzyszyć drzewa liściaste, które już większość liści zrzuciły i golutkie gotują się na przezimowanie, a tak to dalej pagórkowata droga, poprzecinana strumykami, las, wystające skały. Największą atrakcją tego dnia miał być rejs statkiem.

Dojechawszy na prom, zapakowaliśmy się wraz z kilkanastoma autami i jedną jedyną ciężarówką, która minęła nas tego dnia. Gotowi do rejsu w iście norweskich okolicznościach przyrody, oczywiście byliśmy nie lada atrakcją dla kierowców. Jeden z nich, wielce rozentuzjazmowany, dał nam kontakt do swoich dzieci, które właśnie wróciły z podróży rowerowej po Europie i pewnie gotowe będą nas przenocować w Kelownie. Cala przeprawa promem trwała niecałe dwa kwadranse i dla nas zakończyła się zjedzeniem obiadowej owsianki na brzegu jeziora Arrow Lake.

To miał być dzień z serii tych, które należy tylko przepedałować, aby być bliżej celu. Powoli zmierzchało się, a wjechaliśmy w obszar jedynego zamieszkałego miejsca, słynącego z gorących źródeł. Szukając kempingu, który na mapie „gdzieś tu był”, ale w rzeczywistości wcale go nie było, Maciek, którego ciekawość zawsze zaprowadza za każdy zaułek, pagórek czy zakręt, z myślą „zobaczę, a może coś się wydarzy”, wjechał rowerem za bramę i… stało się. Właściciel całego przybytku, który ukryty był za drzewami, a słychać było tylko muzykę, akurat jechał ciężarówką. Po kilkuminutowej rozmowie mieliśmy już miejsce na namiot i zaproszenie do gorących źródeł, a to nie były byle jakie źródła. Wierząc opowieści gospodarza, to były jedyne prywatne gorące źródła w całej Kanadzie. Ba, były starsze niż cala Kanada! 🤔

Dwa kwadranse później siedzieliśmy już w basenie, z którego buchała gorąca para. Cóż to za uczucie, kiedy na zewnątrz panuje ujemna temperatura, a ty nie możesz wysiedzieć w wodzie z gorąca! 🤯 Dom Douga mieścił się na wzgórzu nad jeziorem i składał się z tarasów. Kaskadowe też były baseny. Kilka z nich, jeden pod drugim, zasilane naturalnie gorącą wodą różniły się tylko wielkością i temperaturą wody. My oczywiście najwięcej czasu spędziliśmy w tym największym, relaksując się i rozmawiając na przeróżne tematy. Nasz gospodarz wypytywał o Polskę, bo był w Warszawie jeszcze w latach 80. Dużo żartował też na tematy historyczne. Oprócz niego, poznaliśmy też kilkanaście znacznie młodszych osób, które zostały zaproszone tego wieczora do gorących źródeł. A wszystko to działo się w świetle tysięcy lampek choinkowych, diod czy halogenów rozwieszonych na rosnących dookoła drzewach. Magia! 🎇

Magiczny kajet liczb:
Dystans przejechany: 831 km
Pokonane przewyższenie: 6474
Złapane dętki: 16
Kąpiel w gorących źródłach: 1
Urodziny obchodzone w drodze: 1
Autostop z rowerami: 2
Noclegi pod dachem: 6
Prysznice: 4

Dodaj komentarz

Jedź z nami. Przeżyj przygodę życia!
Nie odkładaj tej szansy na „może kiedyś„.