Bike Jamboree

Princeton – Manning Park – 71 km

Princeton – Manning Park – 71 km

Wielki dzień, na który wszyscy czekali. Ostateczna potyczka z górami, ostatni etap górski na naszej trasie. I to jaki! 😮 Kiedyś drżeliśmy przed 700 m podjazdu za Jasper, a teraz czeka nas odcinek zaledwie ponad 70 kilometrów z łącznymi podjazdami ponad 1300 m.

Po raz kolejny opuszczamy względną cywilizację i udajemy się w góry, gdzie czekają nas co najwyżej przejeżdżające samochody wśród milczącej przyrody. Nie da się ukryć, że nastroje mamy bojowe, głównie przez świecące słońce. To już trzeci dzień, kiedy pogoda nas dosłownie rozpieszcza i rozbiera. Próżno doszukiwać się chmur na niebie. 🌞

Dzień upływa na uporczywym wjeżdżaniu pod górę. Pod koniec wszyscy mamy serdecznie dość, więc zostajemy kilka kilometrów przed planowanym postojem. 😥 Na campingu standardowo. Jemy, palimy ognisko. 🔥 Wpatrując się w płomień, każdy zdaje sobie sprawę, że już coraz bliżej mety. 🏁 Tylko czy z tego się cieszyć, czy wręcz odwrotnie? W nocy znów minus, że namioty zamarzają od środka. 😨

#dzień24
Manning Park – Hope – 68 km

A prowadzi nas droga, tuż za nią jest Nadzieja. 🎵🎤🎶 Miasteczko Hope to przepustka do cywilizacji, a także płaskich terenów. To też nagroda dla wszystkich wspinających się, bowiem tego dnia czekał nas zjazd z 1343 m n.p.m na 42. 😁 Suma zjazdów jeszcze lepsza, ponad 1600 m

Odpoczynek, kilometry za darmo. Tylko nieco uwagi na oblodzone czy wilgotne fragmenty asfaltu, na jadące z tyłu ciężarówki. W sumie zjechaliśmy około 30 kilometrów, pobijając dwa razy rekord prędkości, najpierw na 55,6 km/h, później 60,7. Cóż to był za zjazd. 🎉🎊🎉🎊 Niech wyprzedzenie przez Maćka ciężarówki lewym pasem będzie wystarczającym komentarzem! 💨

Do Hope wjeżdżamy z nadziejami, że może jednak ktoś przyjmie nas na noc. W takich sytuacjach udajemy się gdzieś na darmowy internet i czekamy. Tym razem w McDonalds aż roiło się od bezdomnych. Ciekawe, co powiedziałby na to uśmiechnięty Ronald McDonald. 😁 Noc spędzamy na miejskim campingu.

#dzień25
Hope – Chilliwack – 55 km

Znów wita nas słońce 🌞. Pierwszy raz od ponad 2 tygodni budzimy się i namioty nie są zamarznięte… są po prostu mokre. 💧 Ostatnią noc w namiocie świętujemy owsianką i niespiesznie udajemy się w drogę, najpierw robiąc przerwę na internet w kawiarni, później na stacji benzynowej. Sesja zdjęciowa przy wyjeździe do miasta, a także zabawy z wagą dla tirów. 😅

Totalnie zmienił się krajobraz. Przede wszystkim jest płasko i zielono. 🌳🌱🌼🌻Wróciła jesień, drzewa na poboczach mają liście, które jeszcze nie spadły do końca. To jest to ‚ciepło’, o którym wszyscy mówili, że będzie w Vancouver. Od samego ranka jadę w jednej bluzie, pierwszy raz od wyjazdu z Prince George. 😳

Jest płasko, więc kilometry szybko uciekają. Do czasu. Przez ostatnie kilka kilometrów coś dziwnie podskakiwało mi tylne koło. Okazało się, że za bardzo napompowaliśmy tylną oponę i po prostu zaczęła pękać. Stoimy pośrodku niczego, więc wybór ograniczył się do trytytek lub szarej taśmy. Oczywiście wygrała taśma, więc chwilę potem mogłem cieszyć się z nowego dizajnu swojego Krossa. 💅🔨🔧😁

Dzień kończymy na farmie u Toma rodziców, którzy aktualnie rowerują po Indiach. Upragniony prysznic, ciepły, długi wieczór. Kiedy wysyłam te słowa, Tom jeszcze doi krowy, ma ich około pięćdziesięciu. 🐄🐄🐄🐄🐄 A nam celu zostało mniej niż 💯….

Dodaj komentarz

Jedź z nami. Przeżyj przygodę życia!
Nie odkładaj tej szansy na „może kiedyś„.