Bike Jamboree

Jak pokochać zimę, czyli krótka historia pewnej miłości – Artur Wysocki

Początki mogą być trudne, niespodziewane, szokujące czy mozolne. U mnie nie zdiagnozowano jeszcze choroby polarnej, aczkolwiek pewnie już jakiś lekarz się czai by ją postawić. – Artur Wysocki

Początki mogą być trudne, niespodziewane, szokujące czy mozolne. U mnie nie zdiagnozowano jeszcze choroby polarnej, aczkolwiek pewnie już jakiś lekarz się czai by ją postawić.

Krok za kroczkiem czyli od początku.
Wyprawa rowerowa z Suwałk za koło podbiegunowe zakończyła się jesienią. Tak naprawdę odwiedzenie Mikołaja w kiczowatej wiosce to słaby cel sam w sobie. Bardzo dobrze skwitował to napotkany 60 letni rowerzysta hotelowiec (rozpoznałem go po małym bagażu i braku sakw). „Fu..king Disneyland” wycedził spluwając przez szczelinę w zębach.

Odpowiedziałem szczerym uśmiechem. Trafił w sedno. Kiczowata melodyjka świąteczna mieszała się z wiatrem. Chcąc nie chcąc odbębniłem wizytę na „kolankach” u Świętego i można jechać dalej. Prawdziwy cel to Arctic Park kilkanaście kilometrów za wioską.

Kilka dni wcześniej zjechałem z asfaltu. Szwendałem się po tajdze. Natrafiłem na lapoński namiot, olśniła mnie zorza polarna. Próbował zaatakować mnie renifer. Gdy zaklejałem pęknięta oponę on stał parę metrów ode mnie i sapał. Dopiero potem dowiedziałem się, że to okres godowy. Na szczęście ani rower ani ja nie dowiedzieliśmy się kto był obiektem tych westchnień.

To wszystko jednego pięknego dnia. Rano przyszedł przymrozek, robiło się coraz zimniej.
A gdyby tak… wrócić tutaj zimą…

Zasiał ziarno i pojechał
Najlepsze lekarstwo na tęsknotę za podróżami to jak wiadomo szybkie kupno biletu. Najlepiej bez zastanawiania się. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Nieco podniosłem poprzeczkę – przełom zima / wiosna, cel Nordkapp. Krótka panika po kupnie biletu, szybkie planowanie.

Zimowy ekwipunek jest specyficzny, albo jest super (no i super drogi) albo wojskowy (cięższy i tańszy) albo kombinowany (co jest nieco ryzykowne). Zakupiłem opony z kolcami, chiński hamak, plandekę z marketu, chińska maszynkę do gotowania, stary używany śpiwór wojskowy, kuchenkę wielopaliwową sprowadziłem z Chin. Byłem „prawie gotowy”.

Jak tylko w Polsce spadł śnieg pakowałem cały majdan wyprawowy i jeździłem na testy sprzętu. Przyzwyczajałem organizm do niskich temperatur, udoskonalałem ekwipunek. Szukałem najlepszych sposobów na przetrwanie. Znajomi pukali się w czoło. Podpytywali czy przygotowuje się do jakiegoś maratonu.

Całości dopełnił stary namiot, który niestety poległ w czasie burzy śnieżnej.

Twarde lądowanie – Laponia
Od razu dał o sobie znać brak rakiet śnieżnych, przedzieranie się przez głęboki śnieg doprowadzało do przemoczenia obuwia (buty nawet najlepiej zaimpregnowane puszczają z czasem). Stuptuty raczej zakładałem bardziej dla kosmetyki. Przydałyby się bardziej Overboty (ale przecież nawet nie miałem pojęcia o ich istnieniu).

Z czasem nauczyłem się rozbijać hamak tak by utrata ciepła była jak najmniejsza. Organizm przyzwyczajał się powoli do niskich temperatur. Nie uniknie się otępienia umysłu spowodowanego zmęczeniem, wycieńczeniem niską temperaturą. Opracowanie sobie określonych procedur wstawania, rozbijania namiotu pozwala na unikanie błędów. Rzeczy wpadające w głęboki śnieg są praktycznie nie do odnalezienia. Ekwipunek spadający ze skarpy, żegna się z nami na zawsze. Zagubione garnki nie wracają…

Po co?
Nigdy jeszcze nie zadałem sobie tego pytania.
Ciężko nie znać odpowiedzi, siedząc w kucki z kawą w ręku gdy obok pasie się stado reniferów.
Ciężko nie wiedzieć, opierając się o rower i obserwując kotłujące się fronty morzem Berenta.
Ciężko nie wiedzieć, upijając się tańcem z zorzą polarną.
To pytanie padnie na kanapie, ale nie tam….

Każda wyprawa przynosi ulgę, reset, zapomnienie. Zwłaszcza taka zimowa, to dość brutalna rzeczywistość w której musisz się skupić tylko na najważniejszych rzeczach. Nie daje nawet szansy na zaprzątanie sobie głowy „duperelami”, tu teraz i tylko to się liczy.

Lapoński bagaż
Laponia nauczyła mnie wielu rzeczy. Nie miałem pojęcie o rzekach płynących pod pokrywą śnieżną, teraz już wiem o ich istnieniu. Cieki wodne pod białym puchem potrafią nieźle sponiewierać człowieka. Pewnie wiele ludzi pomyśli: ignorant, bałwan jak można tak ryzykować. Specjalnie smakuję zimy małą łyżeczką, żeby się , nie zachłysnąć.

W momencie jak od felgi odpadło kilka szprych i pojawiały się coraz to nowe pęknięcia nie wiedziałem za bardzo co robić. Usiadłem pod drewnianym skosem, spałaszowałem pół puszki mielonki i ruszyłem dalej pieszo. Ostatnie ok 400 km przebyłem pchając rower. Nie mogłem się wkurzać, trzeba było to przyjąć na klatę. Byłem za kołem podbiegunowym gdzie bardziej od rowerów są popularne skutery śnieżne. Te kilometry zbliżały mnie coraz bardziej do miejsca przez które podróżowałem. Kilometry leciały wolno, miałem czas na podziwianie widoków i marznięcie.

Pchając rower zauważyłem jak zatrzymała się ciężarówka. Przez otwarte okno wystawała głowa pudla. Obok siedział wielki facet. Padło pytanie czy z moim rowerem wszystko w porządku. Pokiwałem głową, że ok. W tym czasie nie chciałem podwózki, nie było realnego zagrożenia. Po drodze zatrzymało się jeszcze dwóch polaków. Wynik 1 pomocny człowiek co 133,33333 km. Wynik niezły, ale w głowie miałem cały czas obraz. Jak osłabiony piciem wody śniegowej szukałem normalnej wody. Z drogi zobaczyłem piękną stylową Fińską chatkę. Gospodarz krzątał się przy zagrodzie. Pobiegłem w jego stronę, wylewając „śniegówę” z termosów byłem przekonany, że w końcu napiję się wody która naprawdę gasi pragnienie. Gdy przebrnąłem przez zaspy człowiek zniknął, zamknął się zostawiając klucz w drzwiach.

Stukałem do drzwi i łykałem gorzką pigułkę, nie jestem mile widziany. Oblizałem wargi i obróciłem się na pięcie. Tego samego wieczoru wytapiając wodę ze śniegu znalazłem w sakwach mleko w proszku. To ono zamienia destylat w prawdziwą wodę. Taką którą da się ugasić pragnienie. Nie bez przyczyny było obowiązkowym produktem zabieranym  na wyprawy polarne.

Smak zwycięstwa i sera
Mijałem znienawidzone tunele. Jeden za drugim, jak niechciane lekcje w szkole. Po prostu trzeba przez to przejść. Woda kapie po ścianach. Mokro, nieswojo, sięgną się kilometrami.

Każdy samochód to jak cios w potylicę, zbliżając się potęguje hałas. Mijając strzela w głowę jak pocisk. Wszystko podkręcone i zwielokrotnione przemęczeniem. Za gąsienicami tuneli, zaczynają się ostre podjazdy. Ostatni dzień zimy musisz zdążyć, po to tutaj przyjechałeś. Zabawa dopiero się zaczyna podjazd, aż do odruchu wymiotnego. Chwila oddechu i „niby zjazd”. Taki oszukany, tak się dzieje gdy góra odsłania wiatr. Nagle okazuje się, że musisz równie mocno naciskać na pedały by zjechać z ogromnej góry. Nieliczne samochody zwalniają, przez zaparowane okna widać twarze w grymasie zdziwienia „co on tu do cholery robi”? Czytam w każdej szybie. Półprzytomny staję między wzniesieniami, podziwiam skrawek morza Barentsa. Wiatr nie pozwala stać normalnie, tylko skulona sylwetka ma szansę przetrwać dłużej w bezruchu.

Brnę w mokrym śniegu, globus Nordkapp nie ma w sobie nic szczególnego. To północ i droga którą trzeba przebyć jest magiczna. Próbuje wysupłać kawałek czekolady i suchary z sakw. Na okrasę łyk letniej wody. Minęło 20 minut od przyjazdu i nastąpiło nagłe załamanie pogody. Wiatr gwiżdże, huczy, świszczy i chłodzi niemiłosiernie. Dotrzeć to jedno. Jestem u kresu sił, w zimie zamykają obiekt o 15. Nie mogę tutaj zostać im dłużej zostanę tym gorzej dla mnie. Obiecałem sobie jako nagrodę, kemping z prysznicami. Pokonując wzniesienia klnę całując klamki, szarpiąc za drzwi które się nie otwierają, dzwonie pod numery które nie odpowiadają. Załamany patrzę na pasące się stado reniferów. Pasą się zawsze od zawietrznej. Tym razem wiatr bawi się z nimi w ciuciubabkę kręcąc niemiłosiernie. Załamany wyciągam kilogram żółtego sera, jedyne rozsądne jedzenie które mi zostało. Nawet nie czuję smaku, odgryzam wielkie kęsy które szybko znikają. Nagle zatrzymuje się samochód terenowy, słyszę język polski. Omamy?

– Dzień Dobry. Pomóc w czymś?
– Nie dzięki wszystko w najlepszym porządku, ale fajnie że spytaliście – odparłem.

Muszę wyglądać komicznie walcząc z niewidzialnym wrogiem jakim jest wiatr, z wielkim kawałem sera w dłoni. Ich twarze jednak są bardziej przerażone niż rozbawione. Komiczna sytuacja gdyby nie okoliczności. Zawstydzony swoim łakomstwem, dojadłem ser i ruszyłem dalej walczyć o kilometry. Podmuchy wiatru nie pozwalają na rozbicie namiotu, brak drzew nie pozwala na rozłożenie hamaka. Jakby to powiedzieć wymijająco – poradziłem sobie..

Letarg
Gdy temperatury są niskie łatwo zatracić mechanizmy obronne. W mniej więcej 2/3 wyprawy zaczynała się przysłowiowa wiosna. Dzień stawał się coraz dłuższy, w nocy panował półmrok. Wycieńczonemu, zmarzniętemu człowiekowi łatwo zacierają się granice. Wpadając w swoistą mantrę pilnujemy, żeby nogi nie przestawały odmierzać kilometrów. Jeszcze trochę, jeszcze trochę. Tak przez wiele godzin, często marsz kończył się o 5 nad ranem gdy wykończony padałem na śnieg. Pozostawało wtedy jeszcze zorganizowanie sobie obozowiska, by nie zasnąć na śniegu. Bardzo niebezpieczna pętla z której ciężko się wyplątać.

Walizka szczęścia
Z taką niewidzialną walizką przyleciałem do Polski. Latałem przez kilka miesięcy, niczym nafaszerowany cudownymi tabletkami szczęścia. To efekt wyprawy do Laponii . Zanim codzienność zniszczyła mój zapał napędzony wyprawą minęło kilka miesięcy. Jak zwykle znajdą się hejterzy którzy, zmieszają wszystko co napisałem z błotem.

Całość płynie prosto ze wspomnień, które pozostały i pozostaną w mojej głowie. Dzięki tej wyprawie jestem nieco bogatszy o podstawową wiedzę potrzebną do przetrwania w zimie. Zdaję sobie z tego sprawę.

Szczebelki
Wiedza i doświadczenie które zdobyłem w Laponii to dopiero wierzchołek góry „lodowej”. Następną lekcję szczęścia pobierałem w Mongolii. Biorąc udział w rowerowej sztafecie dookoła świata Bike Jamboree. To kolejna lekcja pokory i spora dawka doświadczeń.

W styczniu 2019 roku wyruszam na kolejną samotną wyprawę rowerową. Tym razem celem jest próba okrążenia zimą Islandii. Kilkunastogodzinne ślęczenie nad analizami pogody w regionie szybko legło w gruzach. Wystarczyła jedna rozmowa – „Możesz planować co chcesz, Islandia jest nieprzewidywalna”.

To zdanie które doskonale podsumowuje tamten rejon. Z mojej strony przygotowałem się najlepiej jak potrafię. Treningi z grupą MTB, dojazdy do pracy (ok 40 km dziennie). Wymiana sprzętu na bardziej profesjonalny i przystosowany do panujących warunków. Obiecałem sobie jedno – bezpieczeństwo ponad wszystko…

Wiozę z sobą doświadczenie zdobyte za kołem podbiegunowym, czy na stepach Mongolii. Pozostaje mieć tylko nadzieję o przydatności tej wiedzy. Zima, zimie nie równa…

Artur Wysocki

Dopisek redakcji:
W ramach podróży po Mongolii Artur zbierał fundusze dla dzieci z ośrodka salezjańskiego w Ułan Bator.
Teraz swoją wyprawą chce wesprzeć Hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku – możecie dorzucić się do zbiórki funduszy tutaj: ZRZUTKA ARTURA NA PUCKIE HOSPICJUM.

O autorze

Artur Wysocki

Artur Wysocki – taneczne, niepoprawny marzyciel. Żeglarz, rowerzysta, psuj kuchenek turystycznych. Specjalizuje się w samotnych wyprawach zimowych. Zwolennik budżetowego podróżowania. Entuzjasta Van Life i swobodnego bytowania.

Dodaj komentarz