Bike Jamboree

Godzina „T” – czyli mój pierwszy triathlon

Zapisałam się, skompletowałam sprzęt, nauczyłam się pływać, a przede wszystkim rozpaplałam całemu światu. Niewystartowanie byłoby więc ujmą na honorze… ale pewnie też przejawem zdrowego rozsądku.

Nadszedł dzień mojego potencjalnego zgonu: niedziela, dnia 27 lipca 2014. Poznań.
Czuję się totalnie nieprzygotowana. Postanowiłam wystartować, by trochę odczarować strach przed nieznanym, ale byłam przekonana, że nie ukończę, bo nie dam rady fizycznie tego udźwignąć. Ale słowo się rzekło – kobyłka u płota – pływanie, rower i bieganie. Dystanse odpowiednio 1,9 km – 90 km – 21 km.
Pobudka o 6:00, śniadanie, o 7:00 wypad z hotelu, bo strefa zmian jest otwarta tylko do 8:00. Trzeba skontrolować ciśnienie w oponach roweru, włożyć bidony, przygotować kask, numer startowy, buty biegowe, rowerowe i całą masę różnych rzeczy plus, by mieć chociaż chwilę na koncentrację, ogarnięcia myśli, wbicie się w piankę i gustowny żółty czepek.
O godzinie 8:00 temperatura powietrza miała ok 25 st. C – wtedy już wiedziałam, że nie będę walczyć tylko ze sobą, ale i z dzikim żarem przez cały wyścig. Entuzjazm nieco się rozmył, a główne uczucie, jakie mi towarzyszyło, to było rasowe, szalejące we mnie przerażenie.
Rozważałam rezygnację z pianki, ale na szczęście się opamiętałam.
Wejście do wody miało miejsce jakieś 20 min. przed startem. Starałam się nie myśleć, co się zaraz stanie. Ustawiliśmy się na linii mety. Usunęłam się trochę na tył, żeby ten tłum mnie nie porwał.

Pierwszy etap triathlonu: pływanie, dystans – 1,9 km

Strzał startera. Płyniemy!
Wszyscy ruszyli, jeden przy drugim, każdy się kopał, przepychał, tłum pływaków chaotycznie próbował się wbić w rytm. Wtedy pierwszy raz w życiu dopadł mnie atak paniki – nie mogłam złapać oddechu, prawie nie płynęłam – bałam się zanurzyć, bo myślałam, że się utopię. Fala wygenerowana przez tłum co jakiś czas mnie nakrywała. W głowie miałam totalny chaos. Walczyłam z tym kryzysem przez jakieś 400 – 500 m. Gdy się trochę przerzedziło, jakimś cudem uporządkowałam tę dżunglę w głowie i dałam sobie dwie możliwości: albo podnoszę rękę i daję się zgarnąć ratownikom, by mnie wyciągnęli na brzeg albo biorę się w garść i ukończę ten etap.
Można wiele o mnie powiedzieć, ale nie to, że szybko odpuszczam. Wybór był więc prosty. Powoli nabierałam rytmu. Zaczęłam płynąć kraulem. Oddech zrobił się miarowy i w końcu puściło! Panika zeszła mi z ramion. Równe tempo i nareszcie stan: ja – cel. Bez żadnych zbędnych myśli, jakby emocje były gdzieś obok i koncentracja na maksa.
W kraulu miałam kłopoty z nawigacją – nie patrząc na trasę w otwartej wodzie, z łatwością można z niej zboczyć. Mimo to w końcu dopłynęłam w niecałe 57 min. – jak na kogoś, kto jeszcze trzy miesiące wcześniej nie umiał w ogóle pływać kraulem, to chyba nie najgorzej.
Wolontariusze pomogli mi wyjść z wody, bo kręciło mi się w głowie.
Pierwszy etap za mną! Dopadła mnie euforia, śmiałam się, krzyczałam, że się udało i przybijałam piątki publiczności biegnąc do strefy zmian… chyba mój mózg został gdzieś na szlaku pływackim.

Następna runda.
Gazem T1, wyskoczenie z pianki, osuszenie stóp, żeby nie zafundować sobie otarć. Zakładam kask i biorę numer startowy, wybiegam z rowerem na trasę.

Drugi etap triathlonu: jazda rowerem, dystans – 90 km

Tu obyło się bez dramatów. O rower nie bałam się w żadnym momencie. Miałam jeszcze luz psychiczny, że mam ok pół godziny więcej na ukończenie triathlonu niż zakładałam. Etap rowerowy przewidywał dwie pętle po 45 km. Wyjeżdżało się na dwupasmową ulicę do Kostrzyna, tam był był nawrót i znów do Poznania do Ronda Śródki. Generalnie trasa jest w dużej mierze płaska i szybka.
Pierwsza runda poszła całkiem nieźle. Ścigałam się z jednym zawodnikiem przez ok. 10 km, by potem zostawić go hen za sobą (widziałam go, jak już byłam za nawrotką – wołałam do niego, że ma się nie poddawać i ścigamy się dalej, niestety odstawiłam go zbyt daleko i już mnie nie dogonił). Powrót w stronę Poznania: rewelacja. Wiatr w plecy i lekko z górki. Szybko. Jest moc ale też przeraźliwie gorąco. W bidonach mam słodki izotonik, który zdążył się zagrzać – być może zaprawiony woodstockowicz byłby w stanie to przełknąć, ale ja niestety nie. Kończąc pierwszą pętlę, zaczął mnie mijać samochód czasowy, oprócz kilku dobrych słów od ekipy z tego auta, dostałam zimną (!) wodę i nakaz dotarcia na metę w czasie. Czad!
Druga pętla: trochę gorzej. Znów pod wiatr i pod górkę – choć to niewielkie nachylenie to wiatr robił swoje. Ciężko było mi utrzymać choćby 20 km/h. Miałam dużą stratę. Na szczęście znowu jest nawrót. Czyli sytuacja się odwraca. Grzeję, wykorzystując przychylność terenu i wiatru. Ostatnie 5 km trochę mi się dłużyły, ale w końcu lecę do T2! 2/3 za mną.

Trzeci etap triathlonu: bieganie, dystans – 21 km

Bieganie:
Schodzę z roweru, a tu niespodzianka – nogi jak zabetonowane! Ledwo idę. Pięknie. Do etapu biegowego chyba nie dojdzie. Żar leje się z nieba. Wybiegam… a raczej wyczłapuję się z T2 na trasę biegową wokół Malty. Nogi zupełnie nie współpracowały. Mięśnie się zastały i nie pozwoliły przyspieszyć. Postanowiłam robić krótkie podbiegi, tyle ile mogę i resztę przejść. Osłabiała mnie myśl o 21 km, a jeszcze bardziej fakt, że to 4 pętle. No nic. Dałam sobie szansę: miałam pokonać 10 km. Jak mięśnie puszczą i jest perspektywa na ukończenie to się jakoś doczołgam. Jak będzie to poza moim zasięgiem, to zejdę z trasy i nie będę już głowy sobie zawracać. Pierwsza pętla: jak po grudzie. Tu z pomocą przyszli zawodnicy ze słowami wsparcia, wodą i workami lodu. Cenię sobie taki sportowy klimat. W kryzysie naprawdę takie drobne gesty podtrzymują na duchu. No i spotkałam mojego partnera od ścigania się na rowerze! Tym razem to on wspierał mnie w kryzysie.
Druga i trzecia pętla: nieco lepiej, mięśnie trochę puściły. Kibice już mnie kojarzą, krzyczą po imieniu.
Zaczynam się nawet uśmiechać. Szczególnie miło wspominam grupkę chłopaków, którzy śpiewali, biegli ze mną i polewali mnie zimną wodą (przypominam, że temperatura dobijała do 36 stopni), dawali na każdej pętli mokrą gąbkę i mówili, że mam się nie opier…ć.
… i po bólu

Meta!!! Triathlon ukończony!

Przyznaję, że do końca nie wiedziałam, czy ukończę. Walczyłam z czasem, a nie mogłam już wiele z siebie wykrzesać. Wpadłam na metę niewiele przed końcem zawodów.
TAK! Udało się! Co nie zmienia faktu, że to była brawura i brak rozwagi. Nie roszczę sobie też prawa i nigdy nie będę do miana rozsądnej. Zawody brutalnie obnażają niedociągnięcia treningowe, ale i pokazują, nad czym trzeba pracować.
Tak więc gwoli podsumowania: etap biegowy mnie zmiażdżył. To co nadrobiłam na rowerze straciłam po wielokroć podczas biegu. Ale nie to jest teraz ważne. Ukończyłam… ale chyba tylko dlatego, że mam żelazną psychikę i potrafię przetrzymać kryzys.

W strefie finishera spotkałam się z zawodnikiem, z którym się ścigałam przez pierwsze 10 km na rowerze. Skomplementował mój etap rowerowy. Powiedział też, że ostro go przeciągnęłam na trasie i nie dał rady nadrobić. Potem w strefie zmian zaczepił mnie kolejny chłopak, który też mnie kojarzył i również pogratulował etapu rowerowego.
Podsumowując: Bardzo mi się podobało. Niesamowite przeżycie. Udało mi się przesunąć barierę własnej wytrzymałości. Nie ma monotonii, jest moc. A maratony wydają się być teraz straszną nudą. Dodatkowo, przez te niemal 8 h zapewniłam sobie egipską opaleniznę oraz utratę 3,5 kg masy ciała, które mam nadzieję pozostały na Malcie bezpowrotnie.

Joasia Mackiewicz na mecie triathlonu

Ach! Cóż to były za emocje! Kibice, wolontariusze i ten sportowy klimat.
Mam nadzieję jeszcze się zmierzyć z tą dyscypliną.
Jeśli jednak kiedyś wpadnę na pomysł, ze chcę zrobić całego Iron Mana (3,8 – 180 – 42) to proszę zamknąć mnie w piwnicy, zgasić światło i nie wypuszczać dopóki mi nie przejdzie.

O autorze

Joasia M.

Z wykształcenia jestem prawnikiem, a z zawodu tłumaczką i redaktorką treści wszelakich w branży e-commerce.
O sobie powiedziałabym krótko: niespokojna dusza i powsinoga. Patrzę na świat z przymrużeniem oka, a moje rowery mają imiona.
Lubię też rzucać się na głęboką wodę: ukończyłam triathlon na dystansie średnim i kilka ultramaratonów rowerowych (gdzie najdłuższy dystans miał 700 km). Od niedawna prowadzę również rowerowego bloga www.aswojadroga.pl.

3 komentarze

  • Asieńko! jesteś dzielna, wytrwała i uparta w swoich działaniach.Jestem z Ciebie
    bardzo dumna . Podziwiam Cię babcia

  • Asieńko! jesteś dzielna, wytrwała i uparta w swoich działaniach.Jestem z Ciebie
    bardzo dumna . A swoją drogą świat należy do Ciebie.
    l

  • Jesteś nie do” zdarcia „. Dajesz przykład że wytrwałością można wiele osiągnąć.Jestem z Ciebie bardzo dumna.
    . A swoją drogą świat należy do Ciebie.
    l